Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chemia. Pokaż wszystkie posty

środa, czerwca 30, 2021

Figurkowy Karnawał Blogowy - ed. LXXXII - (Za)pasy


 Osiemdziesiąta druga odsłona Figurkowego Karnawału Blogowego trafiła na łamy Danse Macabre - bloga sławnego Quidamcorvusa. Tematem jej zaś są (za)pasy - interpretowane jak się komu podoba.


 Mam w swoim warsztacie kilka artykułów, których używam na tyle dużo i na tyle często, że staram się utrzymywać zapas. Używam jednego - a kolejny nowiutki egzemplarz już czeka w kolejce. Są to przede wszystkim farby, kleje, ale też pędzle. Wpisująć się w temat FKB pokażę i opiszę kilka przykładów.


1. Vallejo Model Color - Black

Zaskoczenia tu chyba nie będzie - czarna farba to obowiązkowy element mojego zapasiku. Idzie tego zawsze dużo, nigdy nie wiadomo, kiedy się nagle skończy. Stan magazynowy - jedna buteleczka w użyciu, dwie nówki na półce.

2. Vallejo Model Color - White

 
Skoro był czarny, jest i biały. Białego używam nieco mniej niż czarnego, więc zapasik jest skromniejszy (jeden słoiczek w użyciu, drugi na półce), ale i tak zapas być musi.

3. Vallejo Liquid Silver - Silver i Vallejo Liquid Gold - Old gold

 

Listę najważniejszych farb, które trzymam w magazynku zamykają dwa kolory Vallejo Liquid Metal - Srebrny i Stare złoto. Dobre, solidne farby, lepiej więc, żeby znienacka się nie pokończyły. Mam po jednym słoiczku otwartym i po jednym zamkniętym.

4. Tacky glue

 

Kolejna kategoria chemii, która występuje w moim warsztaciku w większych ilościach to klej nazwijmy to introligatorski. Może to być Magik, może być BIC, a może być Tacky Glue, jak na obrazku. Sprawa zapasu tym ważniejsza, że żona używa do swoich hobbystycznych prac tych samych klejów i czasem znikają nie wiadomo kiedy:) Znalazłem trzy butelki Tacky'ego, ale podejrzewam, że jakbym dobrze poszukał znalazłbym jeszcze ze dwie trzy buteleczki czy tubki czegoś z tej samej rodziny. Wyrobem bliskoznacznym, choć jednak o innych parametrach, jest klej do drewna Wikol - też trzymam kilogramowe awaryjne wiaderko:)

5. Pędzelki z syntetycznym włosiem

Ostatnia pozycja na mojej liście to syntetyczne pędzelki. Używam ich do najbardziej niszczących włosie farb - tuszy, washy, contrastów, metalików. Pędzelki mocno dostają w kość to i zestaw następców musi być pod ręką. Jak widać nie stosuję jakichś syntetyków z Bóg wie jak wysokiej półki - ot, zwykłe Renesansy. W magazynie czeka świeży pęczek:)

wtorek, listopada 28, 2017

Figurkowy Karnawał Blogowy - ed. XXXIX - Ulepek

Oj, ciężka sprawa w tym miesiącu z Karnawałem. Pepe, autor bloga Fantasy w miniaturze wrzucił na tapet temat lepienia z mas plastycznych. A ze mnie słaby rzeźbiarz. Ale co robić, wpis napisać trzeba.


Próby lepienia ludków podejmowałem od dawna. Jeszcze w latach 90 miał miejsce pierwszy mój eksperyment, który miał na celu skopiowanie figurki metalowego krasnoluda-pikiniera. W tym celu zrobiłem formę, którą następnie wypełniłem masą (co to była za masa nie pamiętam, chyba taka brązowa dwuskładnikowa maź rodzimej produkcji, bo kogo było wtedy stać na GS). Po wyciągnięciu ludka okazało się, że owszem, przypomina nawet krasnoluda-pikiniera, o ile umówimy się, że pojęcie "krasnolud-pikinier" może objąć doppelgangera, który właśnie jest gdzieś w połowie przemiany z krasnoluda w budyniowego golema. Lub odwrotnie. W każdym razie nie wyglądało to najlepiej.

Wiedząc, że lepienie czegokolwiek od podstaw to w moim przypadku przede wszystkim sposób na marnowanie materiału raczej go unikam. Zdecydowanie wolę korzystać z mas jako wypełniacza szczelin między nie do końca pasującymi do siebie elementami podczas konwertowania, kitbaszowania itd. Kilka przykładów można zobaczyć na zdjęciach. Moim najbardziej chyba udanym przypadkiem uzupełniania brakujących części było ulepienie pleców dla nurglowego łowcy niewolników z warheimowej drużyny - w zestawie Putrid Blightkingów jest nadmiar rąk, głów i brzuchów, ale nóg i pleców brakuje. O ile nogi przetransplantowałem z modelu gora, tak plecy musiałem już zrobić z green stuffu. I zrobiłem. Na szczęście Nurgla lepić dość łatwo, bo prawie wszystkie niedoskonałości, jakie się pojawią można wytłumaczyć, że to jakieś narośle czy zmiany chorobowe.
 W niewielkim stopniu ulepiony przód...

 ...i niemal zupełnie ulepiony tył.

Największym elementem ulepionym, jaki zdarzyło mi się popełnić, była głowa bezuchego wojennego mamuta. Zrobiłem ją z miliputu (w wersji żółtej i białej) z elementami z GSu, to wszystko na drucianym szkielecie wzmacniającym przede wszystkim trąbę. To była długa i żmudna praca, której wyniki jednak całkiem mnie ucieszyły. Na pewno pomogła taktyka maskowania tego, co ulepione, gotowymi elementami pochodzącymi skąd się tylko da. I ostatecznie jakoś nawet wyszło.

 Wip - początki lepienia. Widoczna kartka z projektem (wtedy jeszcze miałem w planach ulepienie mu uszu)

 Wip - próby zamocowania tych kłów czy rogów czy co to właściwie jest

Wip - żółty miliput

 Wip - na żółtym biały, na białym GS i plastik

Wip - przez te wszystkie kolory dopiero po zapodkładowaniu było jako-tako widać zarys mastodonciego łba

Gotowy łeb
I cały mamut

Obecnie mam na warsztacie sisters of silence, które jednak chcę pozbawić wszelkich orłowatych insygniów i oznaczeń. I w tym celu szlifuję to, czego nie chcę na figurce, a potem równam powierzchnię GSem. Na razie zmagam się z prototypem:


Na koniec kilka przykładów modeli, które wymagały sporo lepienia, a które gdzieś tam w międzyczasie popełniłem:
 Mechagolem Mk.2 - pod brodą widoczna ulepiona szorca płytowa

Mechagolem Mk.3 - GS wykorzystany do łączenia elementów, wypełniania szczelin i ulepienia daszka na kominku:)

 Mechagolem Mk.4 - GSowa kabina

Kapitan tężec w greenstuffowym kapeluszu

Mój stareńki żyrokopter samoróba. Już nie pamiętam, czy to był GS czy modelina :D

wtorek, października 18, 2016

Vallejo Plastic Putty

Robiłem ostatnio zakupy z zakresu chemii modelarskiej i jak już wybrałem wszystkie farbki, kleje i zajzajery, trochę na doczepkę dołożyłem do koszyka jeszcze jeden nieduży pojemniczek - Vallejo Plastic Putty, czyli akrylowa szpachlówka. Niezorientowanym uprzejmie donoszę, że jest to masa, która służy do łatania szczelin i dziur, dedykowana do figurek itp. Z zastosowań alternatywnych można sobie wyobrazić choćby wykorzystanie do tworzenia tekstur - wystarczy nanieść i podziubać silikonowym pędzelkiem albo czym tam komu wygodnie (próbowałem takiego numeru z jedną figurką i jestem dość zadowolony - prezentując ją na blogu zasygnalizuję, że to to).

Masa ma biały kolor. Z tego, co jestem w stanie powiedzieć, jest zupełnie jednolita - jeżeli występuje w niej jakaś ziarnistość, to bardzo drobna, ja nie zauważyłem żadnej. Nie zaobserwowałem także objawów rozwarstwiania się masy w pojemniczku, czy puszczania przez masę jakichś podejrzanych płynów. Kolejnym, co ją odróżnia od różnych szpachlówek uniwersalno-budowlano-drewnowypełniających, jest fakt, że po zastygnięciu nie pyli przy szlifowaniu czy skrobaniu - bardziej niż jak gips, zachowuje się jak tworzywo sztuczne, którym w końcu jest - na opakowaniu napisali 100% acrylic resin. Jakbym miał do czegoś porównać, to zastygnięta konsystencją i twardością przypomina stary dobry green stuff. Z tym, że kolor ma inny. Czas wysychania szpachli zależy od grubości warstwy - pojedyncze maźnięcie, ot, takie jak grubo nałożona farba, schnie kilka minut (w mojej minipróbie sprawdziłem stan po 10 minutach i było suche jak pieprz). Warstwa rzędu pół milimetra, czyli mniej-więcej tyle, ile niewielka, a upierdliwa szczelina w figurce - schnie paręnaście, do dwudziestu minut. Generalnie można przyjąć, że po zwykłym szpachlowaniu można wchodzić z malowaniem po upływie jakiejś pół godziny. No chyba, że wyjątkowo grubo paćkaliśmy, wtedy warto odczekać dłużej.

Słoiczek, który nabyłem ma rozmiary standardowej farbki Vallejo - mieści 17 ml. Kosztował mnie 9 złotych. Pojemnik ma znany z farbek Vallejo dozownik - z uwagi na większą gęstość specyfiku wyciśnięcie wymaga wprawdzie użycia nieco więcej siły niż przy farbach, ale nie sprawia żadnych problemów. Zajzajer dozuje się łatwo - za pierwszym razem dałem czadu i sporą kropę wycisnąłem, ale jak człowiek już wie, czego się spodziewać, to nie nabroi.

Pora podsumować. Sądzę, że bardzo fajnie im wyszła ta szpachlówka. Po rozczarowaniu, jakim był dla mnie Liquid Green Stuff jestem bardzo mile zaskoczony - gwoli wyjaśnienia, z tym moim LGSem to jest tak, że właściwie do dziś nie wiem, czy miałem jakiś przeterminowany słoik, czy może na którymś etapie dystrybucji na słońcu albo na mrozie stał, w każdym razie rozwarstwiał się jak jasna cholera, a i zasychać niespecjalnie mu się chciało. Dość rzec, że zraziłem się. A szpachla vallejo zachowuje się bezproblemowo.

Rzecz jasna w miarę używania będę prowadził dalsze testy, ale jestem do nich nastawiony raczej optymistycznie - pierwsze wrażenie, w każdym razie, jest bardzo dobre.


wtorek, lipca 26, 2016

Testowanie złota

Czołem! Odgrażałem się przy okazji zeszłej edycji FKB, zachwycony vallejo liquid metalami, że uzupełnię arsenał metalików. Jak powiedziałem, tak zrobiłem. A dzisiaj malutki test złotych farb w akcji.
Obiektem eksperymentu została krasnoludzka ikona. Prosta, wyrazista i wołająca w Khazalidzie o pomalowanie na złoto. Zapodkładowałem na czarno i przystąpiłem do prób.

Hello! In my last month's Miniature Blog Carnival post, truly enchanted by vallejo liquid metal paints I announced that I would enlarge my metallic paints' selection. And so I did. Today - a tiny test of painting gold.
The experimental subject was a dwarven icon. Simple, sharp and asking in Khazalid to paint it gold. I basecoated it black and initiated the test.



Krok 1/Step 1
Pierwszą warstwę złota pomalowałem Red Goldem. Efekt widać na zdjęciu. Farba ładnie kryje dając połyskliwy, czerwonawy, metaliczny kolor. Może nawet bardziej przypominający świeżo polerowaną miedź, niż czerwone złoto.

The first layer of gold was made with Red Gold. See the picture for the effect. The paint gives nice, even and solid coat, with shiny, reddish, metallic colour. It may even look more like freshly polished copped, than red gold.


Krok 2/Step 2
Druga warstwa to rozjaśnienie Old Goldem na wyeksponowanych i wypukłych powierzchniach. Złoto zaczęło wyglądać jak złoto. Farba podobnie ładnie kryje i błyszczy.

The second coat was Old Gold highlight on the prominent surfaces. The gold started look like gold. The paint coats and shines very well.


Krok 3/Step 3
Żeby dodać obiektowi trochę głębi zdecydowałem się na wash. Użyłem nowego Reikland Fleshshade GLOSS. Błyszczący wash świetnie współgra z mocno błyszczącymi farbami liquid metal nie robiąc efektu gwałtownego przejścia od połysku, do matu.

To add somedepth to the object I decided to use a wash - new Reikland Fleshshade GLOSS. Glossy wash corresponds really well with shiny liquid metal paints and does not make a sudden matt-gloss transition.


Krok 4/Step 4
Gdy wash wysechł poprawiłem nieco rozjaśnienie Old Goldem.

When the wash was dry I made another layer of highlight with Old Gold.

Krok 5/Step 5
Na końcu rozjasniłem same krawędzie White Goldem. White Gold jest najtrudniejszy w obsłudze ze wszystkich liquid metali jakie mam. Ma silne tendencje do rozwarstwiania się - medium i pigment się oddzielają i trzeba bardzo mocno i długo mieszać przed użyciem.

In the end I highlighted the edges with White Gold. White Gold is the most difficult to use from all the liquid metal paints I have. The medium and pigment have strong tendencies to separate from each other creating layers - it is necessary to give it really long and heavy shake before painting.



A tak wygląda efekt końcowy:
And this is what the final result looks like:

sobota, czerwca 25, 2016

Figurkowy Karnawał Blogowy - ed. XXII - Święty Graal

Przywilej gospodarzenia w kolejnej, dwudziestej drugiej już edycji Figurkowego Karnawału Blogowego dostał się blogowi barakvarr.pl, którego autor, Rafał, zaproponował temat "Święty Graal". I wyjaśnił, co właściwie miał na myśli (zacytuję):

Czym jest Graal?

Proszę pokaż co jest Twoim Graalem. Czy jest to może:
  1. unikatowa figurka, której zdobycie kosztowało Ciebie sporo wysiłku?
  2. metoda malarska/rzeźbiarska, która sprawiała sporo problemów, ale udało się ją opanować?
  3. poziom, który chcesz osiągnąć przy kolekcjonowaniu/graniu?
  4. coś bardziej prostszego w interpretacji… może po prostu pokaż Świętego Graala?
  5. coś co odkładasz „na później” z różnych przyczyn?
  6. coś zupełnie innego, co przychodzi Tobie na myśl… Twój cel, pragnienie, które właśnie spełnisz!?
Pomaluj, opisz dlaczego właśnie to… dorzuć część siebie w pracę. Pokaż duszę! Ciesz się ze swojego Graala w zasięgu ręki.
 Myślałem dość długo i intensywnie, jakby tu do tematu podejść, aż w końcu wymyśliłem.


Lubię żelastwo. Broń, pancerze, metalowe elementy wyposażenia... Ma to wszystko jakiś taki urok, który wyjątkowo do mnie trafia. No i lubię malować na figurkach metaliczne kolory. NMM nie bardzo lubię. Owszem, podziwiam ludzi, którzy są dobrzy w malowaniu metalu bez metalicznych farb, ale samej techniki nie stosuję. Bo wolę metaliki.

Niestety, metaliczne pomalowanie metalu, które jakoś wygląda, nie zawsze jest łatwe. Jedną z przeszkód, które najbardziej psują mi zabawę stanowi fakt, że wiele spośród dostępnych farb jest kiepskich. Często bardzo słabo kryją, a jak kryją dobrze, to efekt niekoniecznie przypomina metal. Wiem, że każda potwora znajdzie swego amatora. Są twardziele, którzy malują metaliki farbami Pactry i to z niezłymi efektami. Niestety, nie na moje nerwy takie eksperymenta.

Dobrą farbką był ś.p. Boltgun Metal. Porządny, dobrze kryjący, ciemny, metaliczny kolor. A jak na nim się położyło Chainmail i Mithril Silver, efekty były naprawdę satysfakcjonujące. Ale Citadel wycofało starą paletę, a nowa to jednak nie to samo. Nie to, żeby było tragicznie - z nowych Citadelek farbki serii base wypadają w sumie nienajgorzej, Leadbelcher, na przykład, jest niezły, a Retributor Armour nawet bardzo dobry. Choć to już nie to, co Boltgun i Shining Gold. Z kolei layery są... słabe. O ile idea półprzejrzystych farb w przypadku normalnych kolorów działa fajnie, tak w przypadku metalików nie mogę się do niej przekonać. Maluje mi się tym jak smarkami, w których pływają drobinki metalu. Taki to ze mnie grymaśny człowiek ;)

Poszukując czegoś, czym będzie mi się dobrze malować metaliki, w końcu znalazłem. Vallejo Liquid Silver i Vallejo Liquid Gold. Farby rozcieńczalne alkoholem, które kryją jak rozpłodowe buhaje! I dają piękne, czyste kolory. Pędzelkiem nanosi się je cacy - dają bardzo równą, dobrze przylegającą do podłoża warstwę, znacznie cieńszą, niż w przypadku znanych mi akrylowych metalików.

 
Zrobiłem też próbę z malowaniem nimi za pomocą aerografu (rozcieńczałem spirytusem). I to była poezja:) Po pomalowaniu plastikowej figurki po całości Liquid Silverem z aero, zaczyna wyglądać jakby była z metalu:D Poniżej kilka zdjęć krasnoludzkiej armatki, którą testowo chlapnąłem na srebrno. Liquid Silver, aerograf, jedna warstwa.




Błyszczy się jak psu jajca, jest równiutkie, krycie 10/10. To zdecydowanie są droidy, których szukałem.

Gorsze strony? Życie to nie bajka, więc, niestety, też są. Po pierwsze, farbki na bazie alkoholu, jak wynika z moich dotychczasowych doświadczeń, marnie się sprawdzają przy drybrushowaniu. Alkohol odparowuje znacznie szybciej niż woda i metaliczny pigment przylepia się do włosia pędzla zamiast do figurki. Więc ewentualne rozjaśnienia robię edge highlightem. Efekt ok, ale czasochłonność mocno zwiększona. Po drugie, o ile odcieni złota Vallejo wypuściło chyba siedem, tak srebro jest, niestety, tylko jedno, w porywach do dwóch - niby jest jeszcze White Gold, które ma się kolorystycznie do Silver jak nikiel do chromu, czytaj jest ciut bardziej żółtawe, ale po zastanowieniu pozostaję przy wersji, że srebro jest tylko jedno. Piękne, jasne, błyszczące, srebrne, urywające dupę. Ale tylko jedno. Ech, gdyby tak były jeszcze ze dwa ciemniejsze odcienie... Albo nawet jeden, taki w stylu Boltgun Metal... To byłby mój Graal nad Graale. Ale marzenia marzeniami, a i tak jestem bardzo zadowolony z tego, co jest. Na tyle, że zdecydowałem się wskazać właśnie na alkoholowe metaliki Vallejo, jako na mojego prywatnego Graala.

Na zakończenie dodam, że póki co mam w swoim arsenale trzy farby z tej serii - Silver, Old gold i White gold. White goldem można rozjaśniać Old gold i nawet trzyma się to kupy. Jako uzupełnienie kolekcji planuję jeszcze dokupić Red gold, jako podstawowy kolor, na który dopiero będę nakładał old i white - to powinno dodać barwie złota trochę komiksowości i życia.

Oj, gdyby tak jeszcze wypuścili odpowiednik Boltguna...:)

czwartek, marca 17, 2016

Klej UHU Super Glue Gel

Jak napomknąłem ostatnio, kolejny klej, który testuję pod kątem przydatności przy składaniu figurek to UHU Super Glue Gel. W sumie stojąc przy półce w sklepie miałem dylemat, czy kupić kolejny Pattex z pędzelkiem, który wcale zły nie był, czy spróbować czegoś innego, ale ostatecznie wygrała ta druga opcja.



Klej został zakupiony w piątek (11 marca). W przyrodzie występuje w postaci tubki zapakowanej w blisterek na podwójnie złożonej tekturce z instrukcjami. Nie pamiętam, ile mnie kosztował w Carrefourze, ale reklama na Google proponuje mi zakup takowego za 4,99 zł. W blisterze kryje się blaszana tubka (taka zwyczajna, jak to zazwyczaj w super glue bywa) z plastikowym aplikatorem i tak samo plastikową nakrętką. Przed pierwszym użyciem kleju trzeba zdjąć dzióbek i przedziurawić blaszaną membrankę w tubce, a potem złożyć wszystko z powrotem i kleić. Żadna filozofia :)

Czego można się było spodziewać, klej ma konsystencję lepkiego żelu. Nie mogę się tu do niczego przyczepić - na pewno wielką zaletą tej żelowatości jest fakt, że nic się nie rozlewa. Zaleta lepkości z kolei jest taka, że klej trzyma się materiału, na który go wycisnąć. Jak to z super klejami bywa, jak już złapie, to mocno trzyma, szczególnie w przypadku, gdy złapie odrobinkę wilgoci (palce skleja szybko). Z moich obserwacji wynika jednak, że "łapanie" trwa stosunkowo długo - klej wysycha mi zauważalnie dłużej niż typowy błyskawiczny super glue w płynie. Trochę mi ta cecha przeszkadza - czas potrzebny na przytrzymywanie elementów nieruchomo razem mógłbym zagospodarować lepiej.
Jak i różne inne super klajstry, ten również powoduje odbarwienie czy przebarwienie farb w sąsiedztwie klejonego miejsca, więc, przykładowo, klejenie uprzednio pomalowanych elementów figurek nastręcza pewne trudności. Zakres zastosowań również nie jest niespodzianką.

Gdyby te spostrzeżenia to było wszystko, pewnie stwierdziłbym, że klej jest bardzo fajny i znakomicie się nadaje do klejenia figurek. Niestety, to nie wszystko, bo sprawy mają się słabo, jeśli idzie o aplikowanie kleju. Właściwie widzę tu dwa problemy. Po pierwsze, blaszana tubka jest delikatna - wgina się pod wpływem niewielkiego nacisku, ma też tendencję do skręcania się (przy nakręcaniu aplikatora lekko mi się zespiraliła). A jak już się skręci albo wegnie, to żel wychodzi przez otwór w aplikatorze. Wychodzi, wychodzi i wychodzi, aż w końcu przestanie. A jak przestanie, nie pozostaje nic innego jak zetrzeć nadmiar i zagospodarować albo spisać na straty. Brzmi to może dziwnie, ale wyciskanie tego kleju jest dla mnie trudne, bo jest za łatwe. Bardzo łatwo przedobrzyć.
Drugi problem, dotyczy średnicy otworu w aplikatorze. Jest on na tyle duży, że trudno o stopień precyzji nakładania kleju, jaki jest potrzebny przy lepieniu figurek. Również dość gruba ścianka aplikatora, nie poprawia tu sprawy.

Reasumując, klej klei nieźle, chociaż łapie stosunkowo powoli. Jak już zwiąże, to trzyma sztywno i dość mocno. Jak to super glue powoduje odbarwienia farb. Niestety aplikacja kleju, ze względu na budowę tubki i dzióbka, jest, w mojej opinii, zbyt mało precyzyjna, żeby stosować ten klej do celów modelarskich. Chyba, że przy jakichś wyjątkowo dużych elementach, ale to z kolei zawęża mocno zakres zastosowań.

Co robić. Nie pozostaje nic innego, jak poszukać czegoś bardziej odpowiedniego - klejów w sklepach zatrzęsienie, więc może coś się nada. Kolega Badjaq, jeden z autorów bloga Brothers at War, polecił ostatnio w komentarzach specjalistyczne kleje modelarskie marki Joker - zamierzam nabyć przy okazji następnego większego zamówienia (żeby się przesyłka opłaciła) i sprawdzić. Ciekawie wygląda też Mr.Hobby Mr.CementS, co to go Maniex w zeszłym miesiącu polecał (LINK). Ale póki co kontynuuję dzieło testowania tego, co oferuje lokalny Carrefour ;) Jeszcze nie wiem, jaki klajster będzie następny do przetestowania, ale coś się na pewno znajdzie.

piątek, marca 11, 2016

Klej Pattex z pędzelkiem - podsumowanie

4 lutego opisałem na łamach shadow grey swoje wrażenia po pierwszych dniach użytkowania super kleju Pattex z pędzelkiem (patrz link). Od tamtego czasu klej intensywnie eksploatowałem aż w tym tygodniu zaeksploatowałem na amen. W związku z tym - krótkie uzupełnienie i podsumowanie tematu.



Klej wytrzymał około półtora miesiąca. Przez ten czas zużyłem mniej-więcej 75% zawartości, po czym dalsze zużywanie przestało być możliwe - rozsypał się pędzelek (było to bodaj we wtorek). Nie wyrzuciłem buteleczki z myślą, że będzie można lepić dalej wyciągając klej np. wykałaczką. Niestety, gdy dzisiaj spróbowałem wydłubać trochę kleju z pojemniczka, okazało się, że zawartość zupełnie zaschła (do wtorku było ok).

Przez czas użytkowania rzuciło mi się w oczy kilka spraw. Po pierwsze, zalety, które opisałem ostatnim razem, uważam za potwierdzone. Klejenie jest wygodne, dość precyzyjne i, co ważne, bez zalewania. Po drugie, sądzę, że mogę wskazać jedną najważniejszą kwestię przy użytkowaniu tego kleju: należy bardzo uważać, żeby za bardzo nie przechylać buteleczki. Skąd taki wniosek? Otóż wszystko działało jak złoto do czasu, jak buteleczka mi się przewróciła (była zamknięta, więc nic się nie wylało). Niestety, od momentu wykonania przez nią fikołka sprawy szły już tylko ku gorszemu. Między zakrętkę a szyjkę butelki dostało się trochę kleju i zastygło, co spowodowało, że zatyczka przestała dobrze zatykać. Nieszczelność była wprawdzie niewielka i sama się załatała, ale jednak była. Po tym wypadku pojawiły się problemy z zastyganiem kleju wewnątrz szyjki, co zaczęło się szybko odbijać na stanie pędzelka - z każdym wyciągnięciem i włożeniem zadziory zaschniętego kleju coraz bardziej uszkadzały włosie, które, jednocześnie, coraz bardziej się zlepiało. W końcu zlepiło się tak, że nie było możliwości dalszego użytkowania. Przy próbie oczyszczenia pędzelek przestał istnieć - całe włosie odpadło od patyczka. Resztę historii znacie.

Generalnie jestem zadowolony z zakupu. Klej wytrzymał u mnie dużo dłużej, niż super glue w tubce. Używało się go wygodnie, dopóty, dopóki się nie popsuł. Biorąc pod uwagę wyłącznie aspekt finansowy - nie opłacało się (w sklepie KIK można kupić blister z chyba pięcioma tubkami kleju cyjanoakrylowego za mniej niż 5 złotych). Uwzględniając zalety użytkowe - skłaniam się ku opinii, że jednak warto, choć będę szukał lepszego rozwiązania.

Będąc dziś w sklepie kupiłem tubkowy super glue UHU w żelu. Zobaczymy, jak się spisze. Test - start :)



czwartek, lutego 04, 2016

O super kleju historia krótka.

Chciałem dzisiaj wrzucić fotki grupowe górników, ale przypadkiem trafiłem na lepszy temat, więc górnicy będą za tydzień, a tymczasem parę słów na temat kleju.

Klej cyjanoakrylowy przy składaniu figurek bardzo potrzebny jest. Kropka. Można sobie bez niego jakoś poradzić przy plastikach, ale i tak się przydaje. Natomiast w przypadku klejenia żywicy czy metalu trudno by było mi się bez jakiejś wariacji super glue. Niestety, szeroko dostępne wersje klejów tego typu występujące w tubkach mają szereg wad. Na przykład:
1. Klej często wyciska się z tubki w takiej ilości, w jakiej mu się spodoba, więc nanoszenie go bezpośrednio na to, co chcemy skleić to marny pomysł, chyba, że chcemy zalać wszystko w cholerę i na dokładkę posklejać sobie palce. Oczywiście można wyciskać na jakąś podkładkę i nanosić szpilką czy inną wykałaczką, ale to komplikuje i wydłuża proces klejenia oraz generuje niepotrzebne straty niewykorzystanego kleju.
2. Czubek tubki często się zakleja i zatyka, a zatyczka/zakrętka lubi się do niego przylepić.
3. Sama blaszana tubka lubi czasem pęknąć, a jej zawartość potrafi szybko zaschnąć.

Pewną alternatywą jest super klej w żelu, pozbawiony części powyższych wad - nie rozlewa się, łatwiej go kontrolować. Ale nie jest to jedyna opcja, o czym przekonałem się ostatnio robiąc zakupy w Carrefourze. Na regale z chemią (kleje, rozpuszczalniki itd.) znalazłem super glue Pattex S.O.S. Super Klej w buteleczce 5g z pędzelkiem. Nabyłem drogą kupna (zapłaciłem coś koło 13 złotych) i stwierdzam po wstępnych testach, że warto było. Nanoszenie kleju jest dużo prostsze i bezpieczniejsze niż wyciskanie z tubki. Pędzelek jest sztywniejszy i twardszy niż te, które można znaleźć w niektórych wersjach klejów polistyrenowych, ale robi, co do niego należy. Nakrętka jest ciekawa i specyficzna - w celu zamknięcia, nakłada się ją na buteleczkę i przekręca dość nieznacznie (mniej niż 90 stopni), a ona "zaskakuje" i trzyma się. Wot, technika. Dodatkowo rzeczona nakrętka ma po bokach "uszy", które zapewne mogą pomóc w odkręcaniu, gdyby się przykleiła do szyjki butelki, choć póki co w przypadku mojego nabytku nic nie wskazuje, żeby się coś tam miało do czegoś przykleić. Ale czas pokaże, jak to wszystko się będzie spisywać. Buteleczka wygląda tak:




Kwestie ekonomiczne. Przy cenie 13 zł za buteleczkę wychodzi 2,60 zł za gram kleju. Widziałem, że w Leroy Merlin (wg ich strony) cena za buteleczkę jest niższa - 9,60, czyli mniej niż 2 zł za gram. Tak czy siak, jest drożej niż za byle jaki klej w tubce (najtańszego no-name'a można kupić za niecałe 1,50 za 2 czy nawet 3 gramy). Porównywalnie pewnie zapłacilibyśmy za jakiś porządniejszy. Ale kupując tubkę, trzeba się tylko liczyć z tym, że wracamy do stanu rzeczy, który opisałem na wstępie, a który, moim zdaniem, jest wysoce upierdliwy. Co kto woli.

Jeśli podczas użytkowania ujawnią się jakieś wady, albo nagle odkryję nowe zalety - zrobię uaktualnienie. A gdyby ktoś miał lepszą receptę na problemy z super klejem stanowczo zachęcam do podzielenia się :)