Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QUAR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą QUAR. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (V)

 Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy, wsysani przez gęstniejący mrok. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla, wyłapując najdrobniejsze drgnienie liści. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff – w tym podmokłym, zdradliwym terenie czuł się lepiej i pewniej niż na równym placu apelowym.

Guff szedł krok w krok za Pipsem, trzymając swój ciężki karabin z niemal dziecięcą swobodą, jakby była to tylko zabawka, a nie narzędzie mordu. Był gotów w każdej chwili zasłonić przyjaciela własnym, potężnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując złowrogich odgłosów nocy.

Yawdryl Krol obserwował ich sylwetki w milczeniu. Mimowolnie jego dłoń powędrowała do wewnętrznej kieszeni munduru, gdzie spoczywała jeszcze ciepła, szklana płyta owinięta w szmatkę.

Zaledwie kilka godzin wcześniej, w blasku magnezji, stali razem przed sztabem. Pips uśmiechał się zawadiacko, Keff próbował zachować powagę, a Guff niemal zgniótł Brama w braterskim uścisku. Krol pamiętał ten moment – byli na tym zdjęciu tacy dumni, tacy... nienaruszeni. Obiecał sobie, że po powrocie wywoła tyle odbitek, by każdy z nich mógł wysłać jedną do nory.

Nagły chłód Nefyn wyrwał go z zamyślenia. Patrol wyszedł właśnie na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich, powykręcanych drzew owocowych majaczyła sylwetka małego domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To była typowa zabudowa wyspy – solidna, surowa i przerażająco łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy i gwałtownie zastygając w bezruchu. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni...

Krol poczuł, jak pamiątkowe zdjęcie w kieszeni ciąży mu nagle bardziej niż pistolet u boku. Historia, którą chciał napisać tym patrolem, właśnie zaczęła wymykać mu się z rąk.



 

Krol dał krótki, ledwo dostrzegalny znak ręką. Oddział, dotąd zwarty, rozpadł się na dwie sprawne grupy, które niczym cienie zaczęły krążyć wokół kamiennego domu.

Na lewo: Yawdryl Krol ruszył przodem, prowadząc za sobą Motsa i Guffa. Stąpali ostrożnie, starając się, by wełniane płaszcze nie zahaczały o suche gałęzie dzikich jabłoni. Guff nie spuszczał wzroku z lufy wystającej zza murka, a jego własny palec spoczywał na języku spustowym. Wiedział, że jeśli tamten odda strzał, on musi być szybszy.

Na prawo: Milwer Jukk, stary wyga z blizną przecinającą pysk, przejął dowodzenie nad drugą grupą. Bram, trzęsąc się z emocji, niemal deptał mu po piętach, podczas gdy Pips osłaniał ich tyły, gotów w każdej chwili rzucić się do szarży. Jukk prowadził ich szerokim łukiem, chcąc zajść strzelca od strony starej studni.

Wsparcie: Z tyłu, w głębokim cieniu, zostali grenadierzy i Brenna. Ich zadanie było najtrudniejsze – trwać w bezruchu i czekać na sygnał. Brenna, zaciskając dłonie na karabinie, czuła każde uderzenie serca. Grenadierzy przygotowali swoje prymitywne, żeliwne "tłuczki", sprawdzając zapalniki. Byli ubezpieczeniem na wypadek, gdyby z wnętrza domu wyłoniło się coś gorszego niż jeden karabinier.

– Na mój znak... – przemknęło przez myśl Krolowi, gdy poczuł, że oba skrzydła są już na pozycjach.

Ciszę Nefyn przeciął nagły, suchy trzask łamanej gałęzi pod ciężką stopą Guffa. Postać za murkiem drgnęła. Lufa rhyfla zaczęła się powoli obracać w stronę grupy Krola.

 


Kiedy oczy Pipsa i Jukka przyzwyczaiły się do migotliwego światła nocy, dostrzegli więcej szczegółów. To nie był tylko jeden strzelec. Zza murku i z głębi sadu wyłaniały się kolejne sylwetki w charakterystycznych, nieco wyższych nakryciach głowy.

Gwynt – wycedził przez zęby Jukk, poprawiając chwyt na broni. – Królewskie cwaniaki. Zawsze tam, gdzie nie powinno ich być.

Żołnierze Gwyntu poruszali się z irytującą precyzją. Nie panikowali, nie szeptali. Wykorzystywali cienie drzew tak umiejętnie, że gdyby nie sokoli wzrok Pipsa, oddział Krola mógłby wpaść prosto w ich sidła. Królewscy znali teren Nefyn równie dobrze jak oni, a ich mundury, choć przybrudzone błotem, wciąż nosiły znamiona dyscypliny, której brakowało wielu frakcjom "Długiej Wojny".

Krol poczuł dreszcz. Wiedział, że jeśli za murkiem są ludzie Gwyntu, to dom nie jest tylko przypadkowym schronieniem – to prawdopodobnie punkt kontaktowy lub wysunięta placówka ich wywiadu.

– Brenna, grenadierzy, gotowość... – Krol nadał sygnał dłonią, który przeszedł wzdłuż linii niczym prąd.

Jukk po prawej stronie uniósł rhyfla do ramienia. Widział, jak jeden z żołnierzy Gwyntu wyciąga coś z torby – prawdopodobnie flarę, by wezwać posiłki lub oświetlić sad. Jeśli Gwynt wystrzeli pierwszy, przewaga zaskoczenia zniknie w ułamku sekundy.

 

 

To nie była flara, to był granat. Grenadierzy Gwyntu używali specjalnie dociążonych ładunków o zwiększonej sile rażenia, idealnych do "czyszczenia" sadów i ciasnych pomieszczeń. Jeden precyzyjny rzut wystarczył.

Huk uderzył w nich jak fizyczna ściana. Fala uderzeniowa przeszła przez grupę Krola, rzucając Motsa i Guffa na ziemię. Yawdryl poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg, a w uszach zakwitł wysoki, piskliwy ton, który zagłuszył wszystko inne. Świat zawirował i pociemniał.

Gdy pył zaczął opadać, na placu boju pozostał tylko jeden Quar, który wciąż utrzymywał się na kolanach. Mots.

Biedny Mots, który zazwyczaj trzymał się na samym końcu, teraz klęczał na mokrej ziemi, trzymając się za głowę. Jego pyszcz był umazany błotem, a oczy – wielkie i przerażone – próbowały wyostrzyć obraz. Wokół niego, w nienaturalnych pozach, leżeli jego towarzysze. Nie ruszali się. Obraz z pamiątkowego zdjęcia, które Krol miał w kieszeni, właśnie zaczął krwawić w rzeczywistości.

Mots widział przez mgłę, jak grenadier Gwyntu – potężna sylwetka w ciężkim pancerzu napierśnym i hełmie z szerokim rondem – powoli wychodzi zza murka. Królewski elitarny żołnierz niespiesznie wyciągał z pochwy krótki, ząbkowany kordelas, sprawdzając, czy ktoś jeszcze stawia opór.

Mots spojrzał na swój karabin leżący metr dalej. Jego dłonie drżały tak mocno, że ledwo czuł palce.

 


Gdy grenadier Gwyntu napawał się widokiem powalonego oddziału Krola, ciszę po wybuchu rozdarł charakterystyczny, suchy terkot lekkiego karabinu maszynowego. To grupa Jukka weszła do akcji z morderczą precyzją.

Strumień ołowiu przeszył stóg siana, rzucając trzech żołnierzy Gwyntu na ziemię, zanim zdążyli w ogóle unieść broń. Pips stojący za Jukkiem dołożył swoją "poprawkę". Jego rhyfel szczeknął – strzał znalazł cel, zmuszając pozostałych przy życiu przeciwników do panicznej ucieczki.

Ocalali Gwyntowcy, oszołomieni siłą ognia i nagłą stratą kolegów, rzucili się w stronę starego, skrzypiącego wiatraka, który górował nad polami. Skryli się za jego grubą, kamienną podstawą, próbując złapać oddech i przeładować broń.

 


Krol, mimo oszołomienia, nie zamierzał poddać się bez walki. Widząc grenadiera zbliżającego się do Motsa, Yawdryl zebrał w sobie ostatki sił by przyjąć szarżę wroga.

Przez moment wydawało się, że jego determinacja przeważy. Jednak elita Gwyntu nie bez powodu nosiła swoje insygnia. Grenadier wykonał krótki, precyzyjny unik i wyprowadził kontratak. Yawdryl Krol upadł na kolana, a potem twarzą w błoto Nefyn. Pamiątkowe zdjęcie, skryte w jego kieszeni, przycisnął ciężarem własnego ciała. Dowódca nie żył.

Mots, widząc upadek swojego Yawdryla, próbował krzyczeć, ale kolejny wystrzał ugodził go w ramię. Padł obok reszty. Sad wypełniły jęki rannych i ciężkie oddechy zwycięzców. Guff, Keff,... wszyscy leżeli bezwładnie pod chałupom.

 

 

Pod osłoną dymu, żołnierze Gwyntu ruszyli między pola zbóż niczym żniwiarze. Ich ciężkie buty dudniły o twardą ziemię Nefyn, a bagnety lśniły złowrogo w nikłym świetle księżyca. Nie było wezwań do poddania się, nie było litości.

Bram, który jeszcze przed chwilą trząsł się z nerwów, nie zdążył nawet otworzyć oczu. Królewski żołnierz, bez słowa, zakończył jego strach krótkim pchnięciem. Tuż obok leżał potężny Guff. Kowal, który był ostoją oddziału, próbował jeszcze unieść ramię, osłonić kolegę, ale dwóch Gwyntowców dopadło go jednocześnie. Wielki Quar, który na zdjęciu wyglądał na niezniszczalnego, znieruchomiał na zawsze w błocie sadu.

Mots, leżący zaledwie kilka kroków dalej, widział to wszystko przez mgłę łez i bólu. Widział, jak jego przyjaciele, z którymi jeszcze rano dzielił racje żywnościowe, stają się tylko bezwładnymi kształtami pod drzewami.

 

 

Jukk nie pozwolił oddziałowi na chwilę słabości. Krótkimi, ostrymi rozkazami sformował linię. Podczas gdy Olo trzymał Gwyntowców za wiatrakiem pod ciągłym ogniem, Pips wykazał się niesamowitą zimną krwią. Wykorzystując dym i zamieszanie, dopadł do jednego z rannych żołnierzy Gwyntu, który leżał blisko murku. Zamiast bagnetu, użył siły – chwycił go za oporządzenie i odciągnął w mrok, na tyły.

– Mamy język! – syknął Pips, przekazując rannego wroga grenadierom. To był kluczowy ruch. Jeniec z elitarnego oddziału wiedział wszystko o rozmieszczeniu sił w tym sektorze Nefyn.

Oddział Jukka, zamiast wikłać się w wyniszczającą walkę o dom, zaczął „przesiąkać” przez pola. Poruszali się nisko przy ziemi, wykorzystując każde zagłębienie terenu i każdy cień rzucany przez wiatrak. Infiltracja trwała.

 


Noc nad Nefyn stała się gęsta i duszna. Jukk, wraz z czterema ocalałymi rhyflerami, zajął pozycje głęboko na tyłach wroga. Byli jak duchy – brudni, wyczerpani, ale wykonali zadanie. Infiltracja się powiodła. Jednak radość z sukcesu dławił brak jednego z nich. Motsa.

Kiedy patrol Gwyntu odnalazł rannego Motsa w sadzie, Jukk nie wydał rozkazu do ataku. Wiedział, że kolejna strzelanina skończy się masakrą. Zamiast tego, Milwer zrobił coś, co wymagało więcej odwagi niż szarża – wyszedł z podniesionymi łapami, trzymając w jednej ręce białą szmatę, a w drugiej ciężki, wiklinowy kosz.

Spotkanie na ziemi niczyjej było krótkie i napięte. Królewscy z Gwyntu wciąż trzymali palce na spustach, ale zapach świeżych ćmowych ciastek i aromat wysokoprocentowego destylatu, który Jukk pędził potajemnie w swojej jednostce, zdziałały cuda. W świecie, gdzie racje żywnościowe smakują jak trociny, taka oferta była warta więcej niż honor korony.

Po krótkiej, szeptanej wymianie zdań, żołnierze Gwyntu wypchnęli oszołomionego Motsa w stronę Jukka. Ranny Quar ledwo trzymał się na nogach, ale żył. Nienawiść, choć wciąż tliła się w oczach Jukka na myśl o Krolu, Bramie i Guffie, została stłumiona. W tym momencie liczył się tylko powrót do domu.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

Kampania w Świecie Quarów (IV)



DOKUMENTACJA OPERACYJNA: RAPORT POPOŁUDNIOWY

DO: Syl-Caenerol Labyl Pren

OD: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca Sekcji)

DATA: 25 Pryfaen 1782

MIEJSCE: Sektor X, Wyspa Nefyn



1. CEL I REALIZACJA 

Melduję, że 24 ww. miesiąca oddział pod dowództwem Yawdryla Krola i Milwera Jukka podjął próbę infiltracji terenu zajętego przez siły Królestwa Gwyntu. Mimo napotkania elitarnych sekcji przeciwnika i stoczenia krwawej walki, cel strategiczny został osiągnięty. Pięciu żołnierzy przeniknęło na tyły wroga, zabezpieczając wyznaczony sektor.

2. PRZEBIEG STARCIA I STRATY

W trakcie podejścia pod zabudowania kamienne (stary sad), oddział został zaatakowany przez grenadierów Gwyntu. Walka miała charakter bezwzględny. Z przykrością informuję o śmierci kluczowych członków oddziału:

  • Yawdryl Krol – poległ w ataku bezpośrednim.

  • Rhyfler Guff – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Bram – poległ na polu walki.

  • Rhyfler Tolly – poległ na polu walki.

Żołnierze Gwyntu wykazali się brakiem honoru, dobijając rannych i nieprzytomnych żołnierzy na miejscu starcia.

3. STATUS PERSONELU I WYMIANA 

Rhyfler Mots dostał się do niewoli. Ze względu na jego wartość dla oddziału oraz stan zdrowia, podjąłem decyzję o przeprowadzeniu doraźnej wymiany na linii frontu. Odzyskano Motsa w zamian za zapasy ćmowych ciastek oraz racje mocniejszego alkoholu. Choć nienawiść do oprawców Krola i reszty jest silna, priorytetem było ratowanie życia towarzysza.

4. STRATY PRZECIWNIKA I JENIEC

 Siły Gwyntu straciły łącznie pięciu żołnierzy:

  • Trzech poległo w bezpośredniej wymianie ognia.

  • Jeden zmarł z powodu odniesionych ran (wykrwawienie).

  • Jeden żołnierz elity Gwyntu znajduje się w naszej niewoli.

5. DYSPOZYCJA JEŃCA

Z uwagi na to, że strona przeciwna nie wyraziła chęci wykupu swojego żołnierza, jeniec zostaje pod eskortą odesłany do Głównego Dowództwa celem przesłuchania. Posiada on wiedzę na temat rozmieszczenia dział Gwyntu w tym sektorze Nefyn.

6. WNIOSKI DOWÓDCY POLOWEGO

Zadanie infiltracji zostało wykonane – pięciu żołnierzy przeniknęło na połowę przeciwnika, zabezpieczając kluczowe dane terenowe. Jednakże brutalność sił Gwyntu (dobijanie rannych) wskazuje na eskalację konfliktu w tym regionie.

Podpisano: Sub-Caenerol Vrynn (Dowódca oddziału)


Dodatek do raportu: Do dokumentacji załączono pękniętą szklaną płytę fotograficzną odnalezioną przy ciele Yawdryla Krola jako mienie osobiste poległych.


 
 
 
 
 
 


 

niedziela, 4 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (III)

Wspomnienie z Gloam Hynn (1780 r.)

Podczas gdy chłopaki Vrynna byli na patrolu, a reszta plutonu rozbijała obóz, przed oczami dowódcy wracały obrazy z tragicznego patrolu Tollyn Maeryn, wysłanego jeszcze w 1780 roku na bagniste tereny Gloam Hynn. Dowodził nim wtedy Yawdryl Arwyn Vane.


    „Zostaliśmy wysłani w głąb leśnych i bagnistych ostępów. Nieopodal osady drwali i stolarzy wpadliśmy na ślad wroga. Szybko zrozumieliśmy, że to nie my ich tropimy, lecz oni czekają na nas – bagniska najeżone były pułapkami. Na początku mieliśmy szczęście: większość to zwykłe dzwonki na sznurkach, ale nasza Dyna Lowra Belth weszła prosto na groźniejszą minę. Tylko dzięki temu, że pchała przed sobą ciężki wózek, który przyjął na siebie siłę wybuchu, uszła z życiem.


    Próbowałem przejąć inicjatywę. Razem z grenadierem podeszliśmy bliżej, by sprawdzić w walce granaty nasadkowe. Okazały się skuteczne, więc zostawiłem go na pozycji i ruszyłem wesprzeć Milwera Ffynnegana, który przygwożdżony ogniem nie mógł unieść głowy. 

 

W tym samym czasie na prawej flance nasz Lone Buck Kallwyq wykazał się niesamowitą odwagą – wyszedł niespodziewanie na przeciwnika i jednym celnym strzałem powalił wroga. Niestety, zaraz potem sam oberwał. Widziałem go tylko przez moment – siedział oszołomiony za skrzyniami, próbując dojść do siebie. 

 

W odwecie Milwer Ffynnegan rozgrzał lufę swojego LMG i dosłownie 'wymiótł' obsługę wrogiego karabinu maszynowego.

    Na prawej flance nie było już tak dobrze. Weteran próbował oskrzydlić przeciwnika z dwoma ryflerami, ale jeden z żółtodziobów wychylił się o sekundę za długo. Traper wroga tylko na to czekał – postrzał, a potem szybka niewola.   


Weteran nie odstępował już drugiego strzelca na krok. Przeskoczyli żywopłot, dopadli do płotu i zaczęli wymianę ognia z lokalnymi 'bagniakami'. Ci zasypali ich granatami. Pierwsze rzuty były niecelne lub wadliwe, ale w końcu jeden wybuchł dokładnie tam, gdzie stał nasz drugi żółtodziób. Chłopak zmarł na oczach Weterana, który pod naporem przeważających sił musiał się wycofać, nie mając nawet szansy na pomstę.

 


    Na moim odcinku Milwer Ffynnegan, po uciszeniu wrogiego KM-u, chciał zmienić pozycję. Zabrał ze sobą młodego grenadiera, by przebiec na drugą stronę traktu. To był błąd. Obaj dostali się pod ogień snajpera. Milwer Ffynnegan, twardy chłop, dociągnął do końca bitwy, ale zmarł później w szpitalu polowym. Grenadier miał więcej szczęścia – wylizał się z ran.

 

    Ja w tym czasie zdjąłem ostatniego z obsługi wrogiego KM-u i zdołałem ocucić Lone Bucka. Chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale wtedy Buck dostał kolejny postrzał. Rany okazały się śmiertelne... zmarł mi na rękach tuż po walce. Najdziwniej zachowała się Dyna – w ferworze walki, kierowana chyba jakimś obłędem lub nadmierną litością, dwukrotnie cuciła rannego wroga. Ten, zamiast podziękować, od razu rzucał się na mnie z bagnetem. Krótka seria z mojego SMG dwa razy posłała go z powrotem do błota.


    Celu nie osiągnęliśmy. Bagniaki zajęły punkty strategiczne, a wywiad doniósł później, że jakimś cudem wszyscy ranni wrogowie przeżyli. My zostaliśmy z pustymi rękami i grobami kolegów”. 


 Gwałtowny łoskot przewracanych skrzyń i pisk przerażonego ptactwa wyrwał Vrynna z odrętwienia. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Serce biło mu nierówno, a w resztki ramienia uderzył znajomy, rwiący ból.

Odrzucił połę namiotu i wyszedł na zewnątrz. Wieczorne powietrze było ostre i wilgotne. W obozie panował nienaturalny porządek, który tylko potęgował niepokój. Żołnierze zastygli w pół kroku, nasłuchując odgłosów dobiegających z mroku kniei.

Vrynn dostrzegł znajomą, przygarbioną sylwetkę. Podszedł do Oldyra, czując, jak każdy krok waży tonę. Gdy tylko znalazł się obok, poczuł na ramieniu ciężką dłoń weterana. Vrynn od razu zapytał, czy chłopaki wrócili, ale w odpowiedzi Oldyr tylko milczał.

Vrynn wpatrywał się w ciemną linię drzew, a w jego głowie huczało od domysłów. Co się tam dzieje? Czy spotkali wroga? A jeśli tak, to kogo – zwykłych maruderów czy regularną armię? Czy zdołają się przebić, czy może ten patrol skończy się taką samą krwawą łaźnią jak tamten Arwyna w 1780 roku?

Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi. Jedynym pewnym punktem w tym mroku była dłoń Oldyra, która zacisnęła się mocniej na jego ramieniu, jakby stary żołnierz sam próbował znaleźć w tym geście oparcie.






czwartek, 1 stycznia 2026

Kampania w Świecie Quarów (II)

 Misja pierwsza - przygotowania

 

Deszcz uderzał o metalowy pokład barki desantowej z głuchym, monotonnym dudnieniem, mieszając się z rykiem silników parowych. Rzeka Erdwyn była tej nocy niespokojna, jej czarne wody pieniły się przy burtach, niosąc ze sobą zapach błota i spalonego węgla. W półmroku ładowni, oświetlonym jedynie przez drgające płomienie lamp naftowych, pluton Vrynna przygotowywał się do swojej pierwszej wspólnej operacji na wyspie Nefyn.

Ostatnie przygotowania

Atmosfera była gęsta od napięcia i odoru mokrej wełny płaszczy.

  • Perrin siedział na podłodze, mocno ściskając między kolanami swój wiklinowy kosz. Wyczuwał niepokój swoich podopiecznych – Nitka i Węzeł kręciły się w środku, drapiąc pazurkami o ściany, podczas gdy Iskra próbowała podgryzać rzemień jego hełmu. Perrin uspokajał je cichym mruczeniem, co chwilę sprawdzając, czy bębny z kablem są szczelnie owinięte woskowanym płótnem.

  • Brenna, z przewieszonymi przez ramię torbami pełnymi opatrunków i sucharów, krążyła między „kitami”, sprawdzając, czy mają zapięte kołnierze. Wcisnęła każdemu do łapy po kawałku twardego piernika. „To na energię, jak już wysiądziecie w tym błocie” – burczała, choć jej oczy zdradzały matczyną troskę.

  • Oldyr siedział w najciemniejszym kącie, niemal całkowicie nieruchomy. Jego długa strzelba spoczywała na kolanach, owinięta w szmaty maskujące. Stary weteran nie jadł piernika. Patrzył tylko w ciemność za burtą, jego proteza skrzypiała cicho przy każdym uderzeniu barki o falę. On wiedział, jak smakuje Nefyn – i nie był to słodki smak.

Rozkaz Vrynna

W końcu Sub-Caenerol Vrynn wystąpił na środek. Światło lampy wyostrzyło jego zmęczoną twarz i pusty rękaw munduru, który wiatr szarpał we wszystkie strony. W jedynej dłoni trzymał pognieciony arkusz papieru z oficjalną pieczęcią Sztabu 7. Dywizji.

Uderzył dłonią w metalową ścianę, by uciszyć pomruki silnika, i zaczął czytać chrapliwym głosem:

„Z rozkazu Dowództwa Maer Braech: Pluton Vrynna ma przeprowadzić skryty desant na południowym cyplu wyspy Nefyn. Cel: odnaleźć i zneutralizować baterie ciężkiej artylerii Rojalistów, które paraliżują przeprawę naszych głównych sił przez rzekę. Macie być duchem, który uderza w serce ich stali. Jeśli działa nie umilkną przed świtem, flota zostanie rozniesiona w pył.”

Vrynn zwinął papier i spojrzał na swoich ludzi. – Słyszeliście? Rojaliści myślą, że Nefyn to ich forteca. My pokażemy im, że to ich pułapka. Perrin, potrzebuję linii do sztabu zaraz po tym, jak zabezpieczymy przyczółek. Oldyr, ty idziesz pierwszy, znajdź te działa. Brenna... trzymaj chłopaków w kupie.

Gdy barka uderzyła o piaszczysty brzeg wyspy, a rampa opadła z ciężkim hukiem, w twarze Quarów uderzył zimny wiatr Nefyn. Pierwsza misja kampanii właśnie się zaczynała.


Rampa barki opadła z ciężkim chrobotem, wrzynając się w mulisty brzeg wyspy Nefyn. Chłodne, nocne powietrze natychmiast wypełniło ładownię, niosąc zapach wodorostów i mokrej ziemi. Sub-Caenerol Vrynn nie tracił czasu. Jednym ruchem sprawnej ręki wskazał na niewielkie wzniesienie osłonięte rzadkimi zaroślami.

– Grendel! – krzyknął Vrynn do starego dowódcy grenadierów. – Rozbijcie tu obóz. Okopcie działo, rozstawcie warty i niech Perrin spróbuje przeciągnąć pierwszy kabel do brzegu. Jeśli coś pójdzie nie tak, macie być naszą twierdzą.

Gdy reszta plutonu zaczęła w milczeniu wyładowywać skrzynie, Vrynn odwrócił się do swojego zaufanego podoficera. Yawdryl Krol akurat odpalał nową końcówkę cygara od żaru poprzedniego.

– Krol, bierz ludzi. Idziecie na szpicę – rozkazał Vrynn, a jego głos stał się cichy i zimny. – Skład: Pips na oko, Guff jako wsparcie, Keff do pełzania w błocie, Tolly i Harl do asekuracji, Bram, Mots, Olo i Ryn. Bierzesz też Jukka, muszę mieć pewność, że nic wam się nie zatnie w tej wilgoci. No i Brenna... – Vrynn spojrzał na Dynę, która już poprawiała torby medyczne. – Jeśli kogoś trafią, musisz go poskładać na miejscu.

Krol skinął głową, wypuścił gęsty kłąb dymu i rzucił krótkie: – Za mną, kity! Ruchy, zanim nam kopyta w tym błocie zgniją!

 

Patrol w głąb Nefyn

Ruszyli w głąb wyspy. Na przedzie, niemal zlany z ciemnością, poruszał się młody Pips. Jego sokoli wzrok przeczesywał każde zarośla. Tuż za nim, niczym cień, przemykał Keff, który w tym podmokłym terenie czuł się lepiej niż na placu apelowym.

Guff szedł z tyłu za Pipsem, trzymając swój karabin jak zabawkę, gotowy zasłonić przyjaciela własnym ciałem. Obok niego dreptał Bram, trzymając się blisko potężnego kowala i co chwilę nerwowo nasłuchując odgłosów nocy.

Patrol Krola wyszedł na krawędź niewielkiego, zaniedbanego sadu. Między rzędami dzikich drzew owocowych majaczyła sylwetka niewielkiego, domu z kamienia, otoczonego niskim murkiem. To typowa zabudowa Nefyn – solidna i łatwa do obrony.

– Spójrzcie na ten murek – szepnął Pips, mrużąc oczy. – Ktoś tam leży. Widzę lufę rhyfla wystającą zza kamieni....

 


CDN. 


poniedziałek, 29 grudnia 2025

Kampania w Świecie Quarów


 Początek

 

Kampania i zarys postaci

 W związku ze startem kampanii Quarów, która toczyła się będzie na małej wyspie u ujścia rzeki Erdwyn na wyspie Nefyn, przygotowałem swoją drużynę z Tollyn Maeryn!

A teraz czas na przedstawienie ekipy.

Na początek 10 "wybranych", których losy będziemy śledzić w czasie kampanii, i którzy będą zbierać doświadczenie (zdjęcie kolorowych modeli dodam jak je zrobię 😏). W kolejnym wpisie umieszczę historię pozostałych członków plutonu.



 

Dowódca 3 plutonu "Włócznie Solvik", 2 kompanii, 114 Pułku Piechoty Liniowej z 7 Dywizji Odcinka, Sub-Caenerol (Auld Buck) Vrynn. Jego pusty, lewy rękaw munduru, jest dla jego podwładnych ważniejszy niż jakikolwiek medal. Stracił rękę w 1781 roku podczas jednego z ostatnich rajdów lotniczych Creevish, osłaniając młodych rekrutów przed odłamkami bomby.

Mimo kalectwa, Vrynn odmówił odejścia na tyły.  Jako Auld Buck wierzy, że jego przeznaczeniem jest zobaczyć upadek Coftyru, zanim na dobre odłoży broń. W 1782 roku jego rola stała się kluczowa – nie tylko dowodzi, ale uczy młode Quary, jak przetrwać w okopach. Mówi się, że potrafi przeładować swój rewolwer jedną ręką szybciej niż nowicjusz dwiema, używając do pomocy kolana i niesamowitego uporu.
​W obozie przed bitwą Vrynn jest ostoją spokoju. Podczas gdy tworzone są wielkie plany inwazji, „Jednoręki” sprawdza, czy każdy z jego żołnierzy ma suche skarpety i naostrzony bagnet. Wie, że początek 1782 roku będzie albo początkiem wielkiego powrotu do domu, albo ostatnim przystankiem dla wielu jego „chłopców”.

  


 Yawdryl „Dymiący” Krol pełni funkcję pierwszego Podoficera Plutonu (Prawa ręka Sub-Caenerola Vrynna). Krol rzadko pojawia się bez grubego, wonnego cygara (z lokalnego tytoniu z prerii Maer Braech, zwanego „Gryzącym Zielem”). Nawet w okopach pod Bostad, w samym środku mroźnego Pryfqen, smugę dymu z jego pozycji widać z daleka. Twierdzi, że dym pomaga mu „wyczuć kierunek wiatru przed ostrzałem”. Dla nowych rekrutów Krol jest gorszy niż nieprzyjaciel. Nie toleruje brudnej broni, niedojedzonych racji ani – co gorsza – siania defetyzmu. Jego głos, zachrypnięty od tytoniu i lat wydzierania się na placu apelowym, potrafi przebić się przez huk wybuchów. To on fizycznie prowadzi sekcje do ataku. Podczas gdy Vrynn analizuje sytuację taktyczną, Krol jest tym, który kopniakiem wygania Quary z bezpiecznych okopów, gdy nadchodzi czas „skoku”.
​Krol i Vrynn rozumieją się bez słów. Kiedy Vrynn stracił rękę w 1781 roku, to właśnie Krol wyciągnął go spod gruzów, nie wypuszczając cygara z ust. Od tego czasu Yawdryl przejął na siebie wszystkie zadania wymagające „dwóch sprawnych dłoni” – to on czyści rewolwer Vrynna i pomaga mu przy mapach. Jest lojalny do szpiku kości, ale jako jedyny ma prawo mruknąć do dowódcy: „Stary, znowu pakujesz nas w kłopoty”.

 


Milwer „Bystry” Jukk, strzelec lekkiego karabinu wsparcia.
​Jukk zyskał swój przydomek nie dlatego, że jest wybitnym strategiem, ale dlatego, że jako jedyny w sekcji potrafi naprawić zacięty mechanizm karabinu w kompletnych ciemnościach i przy temperaturze poniżej zera. Podczas gdy Yawdryl Krol dba o dyscyplinę krzykiem, Jukk dba o to, by sekcja miała czym strzelać.
​W 1781 roku, podczas odwrotu spod nalotów Creevish, to Jukk targał na plecach zapasowe skrzynki amunicji, mimo że ogień z nieba topił błoto wokół niego. Widział, jak Vrynn traci rękę, i to on jako pierwszy rzucił mu swoją chustę, by zatamować krwotok. Od tamtej pory Milwer Jukk czuje na swoich barkach ciężar odpowiedzialności za „kity”.
Zimą 1782 roku, kiedy lód rzeki Erdwyn zaczyna niepokojąco trzeszczeć, Jukk spędza noce na ostrzeniu bagnetów swoich kolegów. Nie pali cygar jak Krol – on żuje suszone korzenie, które pomagają mu zachować czujność na nocnych wartach. Jest cichy, pragmatyczny i – co najważniejsze – zabójczo skuteczny, gdy trzeba osłaniać odwrót lub przygotować pole pod natarcie.



  Brenna „Mama” – Home Dyna, pochodzi z małej osady pasterskiej na obrzeżach Solvik. Przez dekady prowadziła tam lokalną gospodę, słynącą z najlepszego gulaszu na preriach Maer Braech. Wojna odebrała jej dom w 1780 roku, ale nie odebrała jej ducha. Zamiast uciekać do obozów dla uchodźców, Brenna zapakowała swój największy wózek, zapas suszonych ziół i ruszyła śladem poborowych z jej wioski. Kiedy zobaczyła, jak młode Quary marnieją w mokrych okopach, jedząc zimne racje, uznała, że „ci chłopcy zginą od niestrawności szybciej niż od kul Creevish”.
Znalazła się w 7. Dywizji Sektorowej krótko po tym, jak Vrynn stracił rękę. Zobaczyła go, gdy próbowano go opatrzyć w polowym szpitalu – był blady, uparty i odmawiał jedzenia. Brenna po prostu weszła do namiotu, odepchnęła sanitariuszy i nakarmiła go swoimi ciastami z ćmami. Vrynn, czując w niej taką samą niezłomną siłę, jaką sam posiadał, pozwolił jej zostać. Od tamtej pory Brenna jest nieoficjalną częścią sztabu plutonu. Vrynn wie, że obecność Dyny robi dla morale więcej niż dziesięć przemówień Campryqa Loecka.
W obozie, Brenna pełni rolę kwatermistrza, sanitariuszki i sumienia oddziału. Jej kuchnia polowa to jedyne miejsce, gdzie żołnierze mogą się ogrzać i na chwilę zapomnieć o nadchodzącej re-inwazji na Coftyr. Jednocześnie pilnuje, by „kity” zmieniały onuce i myły pyski. Dla niej brudny żołnierz to chory żołnierz, a chory żołnierz jest nieużyteczny dla sprawy.


  Oldyr „Gderliwy” (Irascible Lone Buck) to relikt dawnych wojen. Przez lata służył w milicji terytorialnej, ale jego świat zawalił się w 1780 roku. Podczas krwawego rajdu powietrznego Creevish na południowe rubieże, jego macierzysta sekcja została doszczętnie wybita. Oldyr, jedyny ocalały, przez trzy dni siedział w zniszczonym bunkrze, odmawiając porzucenia ciał swoich towarzyszy, dopóki nie odnalazły go patrole 7. Dywizji. Strata „swoich chłopców” i własne rany sprawiły, że stał się zgorzkniałym, gderliwym odludkiem.
Zamiast wysłać go na przymusową emeryturę, dowództwo Maer Braech, cierpiące na chroniczne braki kadrowe przed ofensywą 1782, przydzieliło go jako „wolnego strzelca” do plutonu Sub-Caenerola Vrynna. Vrynn, sam będąc okaleczonym weteranem, był jedynym oficerem, który nie bał się przyjąć pod swoje skrzydła kogoś tak nieprzewidywalnego jak Oldyr. W dokumentach widnieje jako wsparcie taktyczne, ale w rzeczywistości jest „duchem”, który błąka się na obrzeżach obozowiska.
Mimo wieku i protez, Oldyr jest niezrównanym obserwatorem. Często spędza całe dnie w mroźnym śniegu obserwując przedpole. Jego karabin o dalekim zasięgu to jedyna rzecz, o którą dba z czułością. Dzięki instynktowi przetrwania wyczuwa ruch wroga, zanim zauważą go młode „kity”. A podczas starcia nie czeka na rozkazy – sam wybiera cel, który uzna za największe zagrożenie dla „chłopców Vrynna”.


 

 „Czwórka z Bostad” historia czterech Rhyflerów 

 


 

Pips dorastał w osadzie Hollow Creek, niedaleko Solvik. Był synem pasterza i od dzieciństwa słynął z tego, że potrafił dostrzec drapieżnika czającego się w wysokich trawach, zanim ktokolwiek inny  odniósł alarm. To on pierwszy zauważył dym nad horyzontem w 1780 roku, gdy pierwsze oddziały Creevish przekroczyły granicę.
Kiedy jego wioska została spalona, Pips uciekł na jednym z ostatnich wozów taborowych. W punkcie werbunkowym w Solvik był tak mały, że oficerowie chcieli go odesłać do kuchni, ale jego wynik na strzelnicy (trafił dziesięć razy w środek tarczy przy silnym wietrze) zamknął im usta. Vrynn, szukając kogoś o „sokolim wzroku”, osobiście wyciągnął go z kolejki poborowych do swojego plutonu.


 


Guff był kowalem w tej samej okolicy co Pips. Jego ojciec i dziadek podkuwali wierzchowce dla dawnej armii Maer Braech. Guff i Pips znali się od zawsze – to Guff ratował Pipsa z opresji, gdy ten wpadał w tarapaty z rówieśnikami w miasteczku. Gdy wybuchła wojna, Guff nie chciał iść do wojska; wolał zostać i odbudować kuźnię, ale kiedy zobaczył Pipsa maszerującego w stronę frontu, po prostu wziął swój młot, zamknął warsztat i poszedł za przyjacielem.
W wojsku szybko zauważono jego nadludzką siłę. Jukk, Milwer z plutonu Vrynna, szukał kogoś, kto nie padnie pod ciężarem skrzyń z amunicją podczas długich marszów. Guff został przydzielony jako „muł” sekcji, ale szybko stał się kimś więcej – tarczą, za którą chowają się pozostali.


Harl pochodził z bogatszej rodziny kupieckiej z Solvik. Podczas gdy Pips i Guff pracowali w pocie czoła, Harl uczył się fechtunku i marzył o zostaniu wielkim bohaterem na miarę Campryqa Loecka. Poznał pozostałych podczas jarmarków, gdzie często wygrywał zawody w bieganiu i strzelaniu z procy. Miał energię, której inni nie potrafili okiełznać.
Zaciągnął się jako ochotnik w 1781 roku, uciekając przed nudą życia handlarza. Wybrał 7. Dywizję, bo słyszał, że „Jednoręki” Vrynn to oficer, który nie boi się brudnej roboty. To on nadał grupie nazwę „Czwórka z Bostad”, wierząc, że ich wspólna legenda zacznie się właśnie na tym odcinku granicy.


 


Mots był pomocnikiem u miejscowego grabarza i kronikarza. Zawsze cichy, zawsze z boku, zaprzyjaźnił się z Harlem, bo ten jako jedyny nie bał się jego ponurego poczucia humoru. Mots wiedział o wojnie więcej niż inni, bo widział rannych i poległych sprowadzanych z frontu do Solvik na długo przed oficjalnym naborem.
Mots nie chciał chwały ani zemsty. Zaciągnął się, bo wiedział, że jeśli front pęknie, on i tak skończy w grobie – wolał więc trzymać karabin w dłoniach. Trafił do plutonu Vrynna, ponieważ jego chłodna, niemal pesymistyczna ocena sytuacji idealnie równoważyła brawurę Harla. Vrynn ceni go za to, że Mots nigdy nie lekceważy niebezpieczeństwa.






  Valerius – „Żelazny Kołnierz” (Crusader is-Caerten “Advisor”)
Valerius nie przypomina smukłych oficerów z parad w Maetoon. Jego niski, krępy profil i sugerują, że jest to żołnierz stworzony do walki w zwarciu i czyszczenia okopów. Zanim został przysłany do 7. Dywizji, Valerius służył w elitarnych jednostkach przełamujących. To tam nauczył się, że wojny nie wygrywa się skradaniem, ale agresywnym parciem naprzód pod osłoną stali. Do plutonu Vrynna trafił jako „Advisor” z konkretnym zadaniem: ma przekształcić milicję Maer Braech z oddziałów defensywnych w szpicę natarcia, która jako pierwsza wejdzie do ataku w1782 roku.
Krótka, strzelba to jego ulubione narzędzie – idealne do siania spustoszenia w ciasnych przejściach. Valerius gardzi walką na dystans, którą uprawia Oldyr; dla niego prawdziwy żołnierz widzi strach w oczach wroga.
Valerius zawsze porusza się w charakterystycznej, przygarbionej pozie, jakby w każdej chwili był gotowy do skoku lub spodziewał się ostrzału. Ta „wieczna gotowość” sprawia, że młodzi Rhyflerzy, jak Pips czy Mots, czują się przy nim nieustannie obserwowani i oceniani.