Im więcej czytam, tym większą sympatię odczuwam do floty japońskiej. Miała w historii II wojny światowej swoje 5 minut. Miała swoje unikalne, mocne strony, a jednocześnie popełniła mnóstwo kardynalnych błędów, które zemściły się na jej dalszych losach i aż się proszą o "poprawienie" w grach bitewnych.
Dostrzegam w Japończykach cechę nieco podobną Polakom, swego rodzaju fatalizm: lepiej polec niż stracić honor. I podobnie jak w przypadku Polaków najlepsi synowie Wschodzącego Słońca woleli zniszczyć swój samolot w ostatecznym ataku na nieprzyjacielski okręt niż przeżyć porażkę bitwy. Z biegiem czasu synów narodu było coraz mniej, zwłaszcza tych, przeszkolonych z rzemiośle wojskowym, a stąd wiodła prosta droga do zagłady dumnego nrodu.
Dość tych filozoficznych dywagacji, miało być o flocie i o Victory at Sea.
